Jedno życie przyciąga drugie (P. Coelho)

Życie czasem rodzi się z wdzięczności – pomyślała Mama, przykucając na ogrodowej ścieżce.

 

Z lewej strony rósł słonecznik.

Narodził się z nasionka upuszczonego zimą przez dokarmiane ptaki.

Wyrósł sam, nieproszony.

Okazały i dostojny.

Wysoki. Bardzo piękny.

Z dumą rozpościerał swych pięć silnych ramion.

 

Wychodząc z domu, Mama ocierała się nogą o jego nogi.

Zaglądała ciekawie w żółte oko.

Zawsze wrzało w nim życie.

Było gwarno i radośnie.

 

Życie czasem rodzi się z wdzięczności – pomyślała Mama. – Za inne życie.

 

Kojące.

 

 

Reklamy

Kiedy zamykam oczy, gdy nie dzieje się nic (Grabaż)

We śnie widzę kolorowego vana z balonami.
Podjeżdża pod moją szkołę.
„Wesoła firma kurierska” - głosi napis.
Ze środka macha do mnie były kolega z pracy.

Chciałem się pożegnać – woła.
Z tyłu siedzą trzy długowłose dziewczyny.
Odjeżdża.


Budzę się z myślą, że wszystko się zmienia, a ja nie.
Ja zostaję.

Że każdy idzie naprzód, rozwija się.
Ja nie.

Dziwne.
Nie budzę się z żalem.
Nie czuję goryczy ani złości.
Budzę się spełniona. Wypełniona spokojem.

Jest taki moment mojego życia, że nie chcę zmiany.
Chcę przystanąć.
Poczekać.

Nie, to nie tak, że nieruchomieję. Że zastygam.
W trwaniu właśnie jest ruch.

Zakładam buty.
Wskazującym palcem dotykam ikony w telefonie.
Wsłuchana z audiobook,
świtem po pustym Monciaku,
- idę.

Uśmiecham się do kobiety wycierającej stoliki w cukierni.
Zaglądam przez krzewy, by zobaczyć morze.
Myślę radośnie o bułkach kasztanowych, 
które upiekłam w pogrążonym we śnie mieszkaniu.

Jest mi niewyobrażalnie dobrze.
Wypełnia mnie samotność.
Ale ta piękna.
Doskonała.

Oddycham głęboko.
Trwam.


 

 

I przejdą deszcze (K.K. Baczyński)

Trwał lipiec 2000 roku.

Końcówka. Upalnie.

Miałam 23 lata i byłam trzy dni po ślubie.

Tym drugim. W kościele.

Sunęliśmy z małżonkiem noga za nogą w polnym kurzu.

Trwała nasza podróż poślubna. Bardzo w naszym stylu –  z plecakiem na karku i w zabrudzonych butach. Z górami w tle.

Ja świeżo po lekturze Olgi Tokarczuk chciałam też koniecznie zobaczyć Wambierzyce.

Pokłonić się Wilgefortis.

 

Przyjechaliśmy PKS-em.

Sunąc wolno z plecakami, szukaliśmy tabliczek „wolne pokoje”.

Zatrzymaliśmy się przy pierwszej.

Kąt wynajął nam schorowany staruszek na wózku zwany przez swoją opiekunkę „dziadkiem”.

 

Tu muszę zapytać – dlaczego zapamiętujemy pewne szczegóły, a pewnych nie pamiętamy?

Co pozwala naszej głowie wybrać to, co warte odłożenia na półkę pamięci?

Która klepka w mózgu decyduje, co zachować a co wyrzucić?

Nie wiem.

 

Trwało lato 2000 roku, upalne.

A może nie było upalne? Nie pamiętam.

Pamiętam jednak, że rozmawialiśmy z opiekunką dziadka w kuchni.

Jej radość wypełniała całe pomieszczenie.

Wypytywała nas o wiele.

Cieszyła się tym, że wzięliśmy ślub i przenocujemy u nich.

I wtedy patrząc w okno,  zerwała się.

Pada! Mam pranie na dworze! – zawołała.

Wybiegła na podwórko.

Przyszła za kilka minut z naręczem zroszonej deszczem bielizny.

Cała w uśmiechu.

To dobrze, że pada – powiedziała. – Łatwiej mi się będzie teraz prasować.

 

Z jakiegoś powodu moja głowa zachowała to wspomnienie.

I niezwykle często do niego wracam.

Nie umiem powiedzieć dlaczego i po co.

Czy było w nim coś wyjątkowego? Przecież nic.

 

A jednak pamiętam.

Noszę w sobie i przywołuję.

Myślałam o tym wtedy w 2000 roku, gdy dzień później robiłam zdjęcie brodatej Kumernis.

Myślałam wielokrotnie przez następne lata.

Myślę do dziś.

 

Z obrazem mokrych ubrań pod powiekami – uczę się.

Uczę się wyciągać szyję ku słońcu.

Łapać krople deszczu w połączone dłonie.

Przyjmować, po prostu.

Przyjmować radośnie.

Dostrzegać.

Doceniać.

Być wdzięczną.

 

 

 

 

 

O, szczęśliwe czasy, gdy idzie się pod mur tylko dla siusiania (S.J. Lec)

Nie mam czasu. Właściwie wcale. Sprawdzam prace, piszę, latam na zajęcia w weekendy, wystawiam oceny, sprawdzam prace, usiłuję trochę spać, sprawdzam prace…

Pomyślałam jednak, że chociaż krótko napiszę o naszych ostatnich problemach związanych z treningiem czystości i o (oby!) rozwiązaniu.

Nic odkrywczego, ale może komuś pomoże.

Franek odstawił się od pieluchy (poza nockami) jakoś tak naturalnie i bez większego wysiłku. Zaczynaliśmy trening po 2 roku życia, kiedy widziałam, że potrafi bez żadnego problemu kontrolować potrzeby fizjologiczne, sika „świadomie” w pieluchę – i poszło w miarę gładko. Chociaż z siostrą są skrajnie różni, to tu było dość podobnie. Początkowy opór siadania na nocniku (u Franka dodatkowo opór przed noszeniem majtek), przełamany wreszcie zwykłym przekupstwem i zwykłym chwaleniem.

Co ważne – podobnie zresztą jak Łucja – kiedy już załapał sprawę – nie posikał się w majtki ANI RAZU. Przez (o ile dobrze liczę) jakiś rok.

I nagle w grudniu przyszedł z przedszkola posikany.

Ok, zdarzyło się.

Za parę dni znowu. I znów za dwa dni.

Pod koniec grudnia posikany był codziennie. Wiedziałam bez żadnych wątpliwości, że chodzi o przedszkole, bo on przedszkola nadal nie lubi (i nadal płacze dość często), więc to jest kwestia psychiki. Może nerwów? Myślałam: może boi się zapytać o to, czy może wyjść? Może się wstydzi? Nie ma czasu i zajęty zabawą sika?

(Pominę tu już fakt, że nigdy nie był przebrany (a miał rzeczy na zmianę!), że chodził mokry cały czas i mokry wracał pieszo do domu – bo to inna historia i o przedszkolu pisać nie chcę. )

Dość, że po naszej interwencji panie się nieco zainteresowały faktem i okazało się, że sprawa wygląda jeszcze inaczej.

Kiedy go podpytywały, czy chce siusiu, odpowiedział wprost, że on w przedszkolu sikać nie będzie i sikać będzie tylko w swoim domu. Cytuję.

Klasyczny bunt.

Nasze rozmowy domowe guzik dały. Zadziałał tradycyjny już (stosowany przy Łucji w innych okolicznościach przyrody) system „buźkowy” – zadziałał kolejny raz – co ważne, natychmiast i odpukać! stuprocentowo.

Nic odkrywczego, już pisałam wcześniej – zwykła tablica motywacyjna z buźkami. Za suchy dzień – wesoła buźka (początkowo wzmacniałam to jeszcze małym kawałkiem gorzkiej czekolady 😉 ).

Chcę tylko pokazać Wam tani, prosty sposób, bo tym razem nie miałam specjalnej tablicy jak przy Łucji, musiałam szybko, od razu coś znaleźć. Kupiłam za 5 zł zwykłe naklejki motywacyjne w sklepie papierniczym a jako tablica posłużył mi normalny ścienny kalendarz (przyniesiony zresztą ze szkoły – gdzie trafił w nadmiarze jako gadżet reklamowy). Myślę, że nawet mogłaby to być zwykła kartka, ale jest mi wygodniej z gotowymi wypisanymi dniami.

Od tygodnia majtki suche! Chwilo, trwaj!

A jak u Was przebiegały „te” sprawy?  😉

 

Kto czyta, żyje podwójnie (Umberto Eco)

JAK KICIA KOCIA URATOWAŁA FRANKA

 

Wierzę w czytanie. Trudno, by było inaczej – jestem nauczycielem, jestem polonistką.

Wierzę też w to, że dziecko uczy się poprzez przykład rodziców. Zatem o zdrowe odżywianie oraz czytanie moich dzieci byłam spokojna.

A tu niespodzianka.

A nawet dwie niepsodzianki

Pierwsza to Łucja jakże daleka od zdrowego odżywiania.

Druga to Franek zupełnie niezainteresowany czytaniem.

 

O odżywianiu Łucji już było i nie dziś o tym.

 

Dziś o czytelniku Franku.

Niestety Franek poza krótkim niemowlęcym epizodem czytelniczym z ulicą Czereśniową (trudno w sumie mówić tam o czytaniu, bo książka nie ma słów) nie był przez całe swoje 3,5 roku życia w ogóle zainteresowany żadną lekturą.

W jego wieku Łucja „zaczytywała” się w książkach – kupowaliśmy Pana Kuleczkę, Janoscha i dziesiątki wspaniałych szwedzkich pozycji.

Franek NIC.

 

Ale nagle – zupełnie przypadkowo – wyciągnęłam odłożoną na półkę Kicię Kocię i ruszyło!

Od tej pory kupiliśmy już kilkanaście części i czytamy codziennie!

Franek zabiera WSZYSTKIE części na WSZYSTKIE wyjazdy.

20171118_074134

A ostatnio zaczął sam „czytać”.

Polecam, bo może i u Was się sprawdzi!

 

Jakość to sposób myślenia, który powoduje, że stosuje się i bez przerwy poszukuje najlepszych rozwiązań (E. Deming)

Nieco inaczej dziś będzie. Może przyda się przerywnik od smutnawych wpisów.

Weszłam dnia pewnego na pocztę, a tam nietypowy dla mnie mail. Napisano do mnie z zapytaniem, czy nie chciałabym przetestować produktów dla dzieci.

Najpierw się zdziwiłam, bo umiem liczyć i mam jeszcze ciut wzroku, wiem zatem, ile mój blog ma wyświetleń – żadne zawrotne liczby to nie są. Stąd nigdy nie spodziewałam się żadnych propozycji współpracy.

Potem zaczęłam odpisywać – że miło, ale dziękuję, bo blog ma zupełnie inną formułę i prowadzony jest nie po to, by mieć jakieś korzyści – nazwijmy to – materialne.

A potem obejrzałam zdjęcia dołączone przez firmę i zaczęłam się zastanawiać.

Zapytałam w odpowiedzi zwrotnej, czy mogłabym przetestować te produkty na własnych dzieciach (a jeden nawet nie na własnym, bo własne za duże), a potem napisać szczerą opinię na blogu.

I na tym stanęło.

Niebawem nadeszła paczka.

To najpierw kilka informacji ogólnych o tym, co dostałam.

Są to produkty – z tego co mi wiadomo –  już dostępne w niektórych dużych sklepach i hurtowniach, ale jednak póki co mało znane. Ja w każdym razie spotkałam się z nimi po raz pierwszy i nigdzie o nich nie czytałam.

Otrzymałam:

P1000230

Aquaint 100% naturalną wodę dezynfekującą. Opis producenta: Służy do dezynfekcji prawie wszystkiego. Zabija 99,9% bakterii w sekundę. Można nią dezynfekować nawet jedzenie.

Spilly Spoon – łyżeczkę medyczną bez rozlewania. Opis producenta: Jest to wyrób medyczny (zarejestrowany) jako produkt do odmierzania podawanego leku w formie płynnej. Odmierza od 2,5 do 10 ml. Dodatkowo jest to łyżeczka do podawania płynu bez rozlewania.(nie tylko leków).

Gummee Glove – rękawiczkę z gryzaczkiemOpis producenta: Dla dzieci od 3 miesiąca życia, zapinana na rzep, idealna przy ząbkowaniu. To bardzo pomysłowy gryzak-rękawica. Zabawka to zapinana na rzep rękawiczka, która ma przytwierdzone metki, gryzaczki i uchwyt do podtrzymywania zabawki drugą rączką. Zabawka dzięki swojej konstrukcji nie wypadnie dziecku z rąk. Gdy dziecko będzie chciało pogryźć gryzaczek, wystarczy tylko, że podniesie rączkę do ust i zabawka jest znów w jego zasięgu. Dziecko ma do dyspozycji kilka zabawek w jednej, za każdym razem odkrywa w Gummee Glove coś nowego. Jest wykonana z bezpiecznych dla dziecka materiałów. W zestawie jest woreczek do prania i higienicznego przechowywania.

A teraz moje spostrzeżenia:

Gryzak Gummee Glove zdecydowanie nie nadawał się dla moich dzieci (Franek co prawda jeszcze jest w trakcie piątek, ale już jest za stary na takie rzeczy) i powędrował od razu do zaprzyjaźnionej rodziny. Tam do profesjonalnych testów przystąpił ząbkujący właśnie ośmiomiesięczny Aleksander.

Po dwóch tygodniach testów zapytałam koleżankę, jak się gryzak sprawuje. W ich przypadku zakładanie na rączkę się nie sprawdziło. Mały płakał, kiedy zakładano mu gryzak i próbował go zdjąć. Bawił się nim trochę, gdy mógł sam go trzymać. Akurat tutaj to na pewno indywidualna sprawa i preferencje dziecka – co kto lubi. Zatem nie jesteśmy w stanie tego jednoznacznie ocenić.

P1000232

Z oceną płynu dezynfekującego mam pewien problem z natury… hmmm… osobistych, nazwijmy to. Ja generalnie nigdy niczego dzieciom nie dezynfekowałam, nawet wtedy, gdy były maleńkie i z definicji trzeba było.

Bardzo fajny jest ten płyn i naprawdę znam osobiście wiele mam, które byłyby z niego zadowolone. Są tacy rodzice, którzy naprawdę boją się zarazków i za każdym razem sterylizują butelkę, smoczek, który upadł, zabawki, które maluch pcha do buzi. I to dla nich będzie wyjście idealne, bo zdezynfekują – jeśli będą mieć taką potrzebę –  nawet jedzenie podniesione z podłogi.

Pamiętam, że moja bardzo dobra koleżanka szukała kilka lat temu czegoś podobnego, kiedy jej dziecko miało nawracające paskudne pleśniawki i przez pewien okres czasu kazano jej wszystko dezynfekować wokół (dopiero po czasie powoli malucha przyzwyczajać znów do bakterii). Pamiętam, że trudne to było, bo maluch pełzał, a zabawek mieli milion. Myślę, że w takiej sytuacji szybciej i wygodniej byłoby po prostu „popsikać”, a nie wyparzać.

U mnie produkt się nie marnuje, choć ma inne zastosowanie. Dezynfekuję nim toaletę publiczną zanim Łucja na niej zasiądzie. No niestety panna nie potrafi zrobić niczego w powietrzu, a zdecydowanie wolę, by usiadła na czystej.

P1000231

Perełka na koniec. Spilly Spoin. Łyżeczka trafiła  do nas idealnie, czyli w sam środek paskudnych zaparć. Temat zaparć pominę (bardzo nerwowo reaguję, a temat wciąż na tapecie), ale powiem jedynie, że wiąże się on z koniecznością podawania Frankowi przeróżnych specyfików – od lekarstw aptecznych typu Laktuloza czy Forlax, przez rozrobione w wodzie probiotyki, po środki domowe (niekoniecznie smaczne) typu olej lniany. Łyżeczka daje radę i cytuję Tatę:  „jest super”, „ta łyżeczka jest naprawdę bardzo dobra”. W mojej opinii także.  Wygodna. Bezpośrednio do niej nalewa się płyn, bez problemu odmierza się za jednym zamachem mililitry i od razu można podać do paszczy. Końcówka łyżeczki jest mała (mniejsza niż łyżeczka od herbaty), zaokrąglona, więc nada się nawet do paszczy malutkiej. Faktycznie trudniej z niej coś wylać, więc łatwiej podać lek bez zabrudzenia kanapy.

No chyba że paszcza wypluje 😉 Ale to już inna bajka.

P1000233

Nie wiem, ile kosztują te produkty.

Czy bym je kupiła?

Gryzak – nie wiem. Może na prezent?  Zawsze to coś innego, oryginalnego.

Płyn – dla mnie kompletnie niepotrzebny, jednak wiem, że jest grupa mam, dla których będzie pomocny, a nawet niezbędny.

Łyżeczkę – tak. Pod warunkiem, że nie ma jakiejś kosmicznej ceny.