Matematyka zawiera w sobie nie tylko prawdę, ale i najwyższe piękno – piękno chłodne i surowe, podobne do piękna rzeźby (B. Russel)

kończę 41 lat

w wieku 40 lat przekraczam moją „magiczną granicę”

w wieku 39 lat rezygnuję z walki o trzecie dziecko

w wieku 38 lat podejmuję cztery medyczne próby (w tym dwa programy IVF), by zajść w ciążę

w wieku 37 lat rodzę drugie dziecko

w wieku 36 lat mam cztery inseminacje i moje pierwsze w życiu in vitro

w wieku 35 lat zachodzę po IUI w drugą ciążę; tracę ją

w wieku 34 lat udaje mi się wreszcie usłyszeć – tak, chcę drugiego dziecka

w wieku 33 lat przeprowadzam się na wieś

w wieku 32 lat zmieniam pracę

w wieku 31 lat wiem, że chcę mieć drugie dziecko

w wieku 30 lat rodzę pierwsze dziecko

w wieku 29 lat, po drugiej IUI, widzę pierwsze w życiu, absolutnie magiczne, dwie kreski

w wieku 28 lat walczę o zajście w ciążę, już medycznie

27 – tyle mam par butów, za dużo!

26 – tyle mam kubków. Wszystkie czarno-białe. Każdy inny. Wszystkie się przydają, mamy dużo gości

od 25 roku życia mieszkam „sama”, tzn. mąż pracuje daleko poza domem

24 – tyle lat mieszkam poza domem rodzinnym

w wieku 23 lat biorę ślub

22 lata noszę soczewki kontaktowe

21– ten numer całe życie uważałam za mój szczęśliwy; nie wiem dlaczego i nigdy się to nie sprawdziło

w wieku 20 lat zaręczyłam się

19 – tyle miałam szans medycznych na ciążę; jak widać nie jest tak łatwo, jak się niektórym zdaje

18 lat – taki jest mój staż małżeński

mam na koncie 17 lat uczenia młodzieży; z żalem myślę o tym, że teraz w większości będą to już mniejsze dzieci

w wieku 16 lat wybieram kierunek studiów – filologię polską

gdy mam 15 lat – rodzą się moje bratanice

w wieku 14 lat kończę szkołę podstawową

w wieku 13 lat zaczynam pisać pamiętnik

12 lat świadomie żyję z niepłodnością

11– poprzedzone minusem – taka jest w przybliżeniu moja wada wzroku; wiem, kosmicznie wysoka

10 – tyle lat ma moja córka

byłam na 9 koncertach Pidżamy Porno

w wieku 8 lat napisałam swoją pierwszą „książkę”

7 lat mieszkam w domu jednorodzinnym

mam 6 własnoręcznie wykonanych kronik-albumów dzieci

mieszkałam w 5 miejscach

miałam w życiu 4 koty; tyle też lat ma mój syn

skończyłam 3 studia podyplomowe, a tak naprawdę jedne są dopiero w trakcie; za pół godziny jadę na zajęcia

mam 2 dzieci

mam 1 życie

pełne życia

ale wcale nie takiego jak z powiedzenia

tylko zwyczajnego, często gorzkiego

prawdziwego

niepłodność jest jego dużą, ważną częścią

Reklamy

Moje pierwsze trzęsienie ziemi cz. 1

Już po wszystkim  zastanawiałam się, czy to opisać.

A potem jak to zrobić.

Jak poukładać, żeby miało sens, początek, koniec.

Żeby było logicznie.

Wracałam i patrząc w chmury, usiłowałam notować myśli.

Nadać im chronologii.

I żeby ta historia nie rozpadała się w kawałki, ale stanowiła całość.

Ale ciągle nie chciała się poskładać.

Była strzępami luźnych zapisków, wyrwanych z kontekstu.

Drżących, trzęsących się, dygających,.

Chaotycznych.

***

I taka musi zostać.

Bo taka jest ta historia.

 ***

 

Przyjeżdżamy na Kos 11 lipca.

Dokładnie przy lądowaniu samolotu zauważam na szyi Łucji czarny duży punkt.

To kleszcz?

Nikt z nas nigdy nie miał kleszcza – nie wiem, jak to wygląda.

Ale tak – to kleszcz. Duży, opity, nie wiadomo, kiedy się wbił.

Jesteśmy w Grecji.

Bez doświadczenia w pozbywaniu się kleszcza.

Bez pęsety.

Szukamy zatem lekarza.

Sprawdzamy, jak jest „kleszcz” po angielsku – „the tick”.

W kraju, w którym nie ma kleszczy i mało kto wie, o co w ogóle nam chodzi, mamy szczęście.

Trafiamy na lekarkę-Greczynkę, panią Nikolettę, która studiowała w Niemczech i wie, co robić.

Wyciąga robala, przepisuje maść z antybiotykiem, zostawia wizytówkę.

Zaczynamy wakacje.

 ***

 

Jest 20 lipca. Schodzę około czternastej ze słońca do pokoju i czekam na dzieciaki i męża, zaraz mają przyjść.

Krótko później słyszę płacz Łucji i Franka zbliżających się do naszego pokoju. Pewnie się o coś pokłócili.

Ale drzwi się otwierają i widzę, że mąż niesie Franka. Łucja łkając, oświadcza, że przez nią Franek rozbił sobie brodę na basenie.

Rana jest bardzo głęboka, może z pół centymetra. Na pierwszy rzut oka widać, że szycie jest konieczne.

Mamy telefon do lekarki od kleszcza, więc dzwonimy.

Tak zwane szczęście w nieszczęściu.

Odbiera.

Nie szukamy jej przez ubezpieczenie, tylko bezpośrednio, więc jest szybciej.

Klinika jest półtora kilometra od naszego hotelu.

Lekarka jest w stanie znaleźć na szybko chirurga.

I nieważne, że właśnie ma sjestę, mamy przyjść.

Bierzemy Franka na ręce i idziemy.

Słońce pali – wiadomo.

W chłodnej klinice pani Nikoletta ogląda Franka.

A potem po grecku rozmawia przez telefon z lekarzem.

Ten schodzi z plaży, ze swej sjesty i zszywa Franka.

Okleja plastrami.

Bierzemy Franka na ręce i idziemy w słońcu do hotelu.

 

***

Pani Nikoletta zapisała antybiotyk.

W naszej miejscowości nie ma apteki.

A w pobliskim mieście Kos, w stolicy, apteki są zwykle czynne do czternastej.

Ale jedna dyżuruje dłużej.

Mąż wypożycza rower i jedzie do miasta Kos. To 5 kilometrów od nas.

Jadąc obok twierdzy i meczetu jeszcze nie wie, że ma okazję widzieć je w innym stanie niż w tym, w jakim będą następnego dnia.

Kupuje antybiotyk i przyjeżdża.

 

***

Nieszczęścia chodzą parami – śmieję się.

Mamy parę.

Klamrę.

Kleszcz na początek, broda na koniec.

Już się nic złego zdarzyć nie może.

Samolot nie runie.

Spokój.

Załatwione.

***

Wieczór. Klasyka gatunku.

Hotel, minidisco, animacje dla dzieci.

Ale Franek jest zmęczony, więc wracam w nim wcześniej do pokoju.

Zasypiamy razem w łóżku około 23.00.

Zasypiam ze słuchawkami w uszach.

Z Netflixa dobiegają głosy „Frankie i Grace”.

 

***

Budzę się gwałtownie zupełnie zdezorientowana.

Nie wiem, co się dzieje.

Może to coś w serialu?

Chyba jeszcze śpię?

Co się dzieje?!! – pytam męża, leżącego obok.

Pokój cały się trzęsie!

Nie, że drga, że dygocze – on tłucze się z boku na bok!

Co się dzieje? – wołam.

Mąż się budzi i mówi: „Nie wiem”.

A potem padają te straszne słowa.

„ Nie wiem, ale to chyba trzęsienie ziemi”.

 

***

„Trzęsienie ziemi”.

Posłuchajcie tych słów.

Przecież to abstrakcja!

Gdyby ktoś wam kiedyś powiedział, że będziecie w nim brać udział, uwierzylibyście?

Ja nie.

I nie umiem powiedzieć, na ile wierzyłam wtedy.

 

W tym momencie tej historii wjeżdża banał: „To sen i zaraz się obudzę”.

Oscylowanie między jawą a snem.

Nie, nie obudziłam się.

 

***

 

Wikipedia i inne źródła mówią, że wstrząs podczas trzęsienia ziemi trwa około 60 sekund.

 

Minuta jest bardzo pojemna.

 

Wiem, że tyle to trwało. Nie zamierzam pisać, że wydawało się , iż to wieczność.

 

Ale podczas tej minuty zdążyłam się obudzić.

Zapytać męża dwa razy, co się dzieje.

Usłyszeć, że nie wie.

A potem, że to trzęsienie ziemi.

Chyba.

Bo kto by wiedział na pewno?

Zdążyłam usłyszeć sypiący się tynk i spadające w łazience kosmetyki i płytki.

Odgłos upadającej szafy, która uderzyła męża w głowę.

Nie. Tylko guz. Nic się nie stało.

Zdążyłam powiedzieć, że trzeba iść do dzieci.

(Mieliśmy tzw. „family room”, spały w pokoju obok.)

Zdążyłam – trzymając się ścian, lecąc od jednej do drugiej- dojść do tego pokoju.

Usłyszeć głos Łucji – „Co się stalo?”.

Krzyknąć : „Musimy stąd wyjść! Chyba trzeba wyjść z budynku!”.

Usłyszeć głos męża: „Tak, chyba tak”.

Wziąć Franka na ręce.

Usiłować pokonać jego opór i wyrywanie.

„Nie! Ja chcę spać!”.

Oddać go mężowi.

Wyjść z pokoju.

Zbiec z pierwszego piętra.

 

Ale  nade wszystko zdążyłam poczuć potworny, niewyobrażalny strach.

Paraliżujący

Bezwzględny.

Obezwładniający.

Okropny.

Nieopisany.

 

***

Teraz wiem.

Teraz jestem mądrzejsza.

Przeczytałam, co robić, gdy trzęsie się ziemia.

 

Nie powinno się wychodzić z budynku podczas wstrząsu.

Najwięcej ludzi wtedy ginie. Uderzonych czymś w głowę.

Wtedy należy się schować.

Najlepiej pod biurkiem.

Mieliśmy dwa biurka w pokoju.

Albo we framudze drzwi.

Mieliśmy trzy framugi.

 

Ale my wzięliśmy dzieci i wybiegliśmy.

Bałam się tego, że to pierwsze piętro, że coś się zawali i posypie.

 

***

Wybiegamy przed budynek.

Jest ciepła noc. Jakoś po pierwszej.

Boso. Mamy na sobie pidżamy.

Na zewnątrz inni. Zdezorientowani i spanikowani.

Idziemy przed siebie. Kompletnie bez celu.

Teren hotelu jest duży. Trochę to trwa.

Mijamy spękane chodniki i wodę, która wyleciała z basenu.

Idziemy przed hotel, tam jest większość ludzi.

Bo niby bezpieczniej.

Bo żadnych budynków wokół i najwyżej.

Bo gdyby tsunami…

 

Franek krzyczy, że chce do łóżka spać.

Ja się trzęsę. Kompletnie cała.

Siedzimy na murku przed hotelem i czekamy.

Na co?

 

 ***

 

Muszę to napisać.

Kolejny raz sprawdza się Szymborska.

„Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”.

Zachowuję się beznadziejnie.

Nie daję bohaterskiego przykładu dzieciom.

Jęczę: „Tak bardzo się boję!”.

Powinnam się opanować, robić dobrą minę do złej gry, ale nie.

Dygoczę. Ciągle pytam: „Co dalej?”. „Kiedy koniec?”.

„Czy ktoś powie, kiedy będzie bezpiecznie?”.

Panikuję przy wtórnych wstrząsach.

Dużo słabszych.

Jestem kompletnie bezradna i rozwalona.

 Na kawałki.

 

***

Tak bardzo potrzebuję informacji.

Internet działa.

Proszę, żeby sprawdzić, jak przebiega trzęsienie ziemi.

Czy wstrząs wtórny może być silniejszy?

Ile ich może być?

Kiedy można poczuć się bezpiecznie?

Kiedy koniec?

 

Ale na to nie ma odpowiedzi.

 

***

Leżymy na leżakach przed hotelem.

Wokół nas jest wielu ludzi.

To mi pomaga. Minimalnie, ale jednak.

Cała dygoczę.

Tak bardzo boje się rozdzielić z rodziną, ale pozwalam w końcu mężowi po długich namowach pójść po koce, bluzy, buty i wodę.

Liczę minuty, bo obiecał się zmieścić w sześciu.

Był osiem.

 

***

 

Wraca.

Układamy dzieci na dwóch zdobytych leżakach.

Okrywamy prześcieradłem i bluzą.

Powoli zasypiają.

My układamy się na plastikowych krzesłach.

Ja nie śpię.

Do końca i do rana.

Czuję się bezradnie.

Nie wiem, czego się spodziewać.

Czuję się jak w pułapce.

Nigdzie nie ucieknę.

Nic nie mogę zrobić.

Nic nie wiem.

 

DSC01565

 

CDN.

Jeśli chce się być szczęśliwym, nie wolno gmerać w pamięci (E.Cioran)

Niedziela 20.43.

Leżę pięknie upojona winem w łóżku.
Na ramieniu leży on.
Oglądamy krasnale w BabyTV.
Tańczą i śpiewają.
Podskakują.

Upojona winem chwilowo nie pamiętam o:
– nieudanych in vitro i wdeptanym w błoto marzeniu o dziecku i tym, że to koniec jest, taki prawdziwy,
– zębie połamanym do korzenia,
– zaparciach (chyba) nawykowych, dwa i pół tygodnia bez kupy, szale, ryku, trzech lewatywach (tak, dieta ok).

Po prostu leżę w łóżku. Jak kiedyś z nim w Brzuchu ( nigdy już tego nie będzie – świadomość okrutna).
Całuję policzek, przytulam, o kupie nie chcę myśleć do jutra.

Szczęście to chwila. Wielki banał, ale prawda.
Szczęście to głowa spokojna. Albo zamroczona.
To oddech przy policzku.
„Mamu” mówione do ucha.

I to, że zapominasz na minutę o tym, czego pamiętać nie chcesz.

Popatrzeć na siebie, tak jak się patrzy na obce nam rzeczy. Bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu. A kto tak patrzy (…) ze zmartwień różnych swoje serce leczy. (Cz. Miłosz)

To była zima 2007/2008.

 

Mama była mamą od trzech miesięcy.

Dziecko urodziło się zdrowe i silne. Wesołe. Donośne. Konkretne w zachowaniach.

Córka. Łucja.

 

Zimą 2007/2008 Mama już dobrze wiedziała, że w policzku Łusi mieszka naczyniak jamisty

Skąd się wziął?

Z przypadku. Byli tym procentem, którym się trafia. Źle stanęli w kolejce i wypadło na nich.

 

Najpierw był punkcik. Potem czerwona plamka. Potem opuchnięty policzek z czerwoną plamą.

Dziecko ma różyczkę! – mówili ludzie w windzie. – Osa je ugryzła?

Czasem tych pytań było kilkanaście dziennie.

Mama początkowo tłumaczyła.

Potem odpowiadała krótko: Nie, to nowotwór.

To kończyło dyskusję.

 

Zimą już było wiadomo, że naczyniak rośnie szybko.

Że jeszcze urośnie.

Że pewnie się cofnie, ale zajmie to kilka lat.

Pewnie zostanie nadmiar skóry.

Pewnie trzeba będzie operować plastycznie.

Że zahamował słuch w uszku Łusi.

 

Mama szukała pomocy.

W ich mieście nie było.

Znalazła nad morzem. Jedyną taką osobę w Polsce.

Wysłała zdjęcia, wysyłała maile. Doktor odpisywał.

Obejrzał Łusię.

 

Zdecydowali o zabiegu.

 

Zimą pojechali.

300 kilometrów.

Długie czekanie na przyjęcie do szpitala.

Najgorszy szpital świata. Naprawdę.

Nikt nic nie wiedział. Nikt nie podawał zleconych leków. Nikt nie izolował chorych zakaźnie od zdrowych.

Mama siedząca na krzesełku obok Łusi dostała zapalenia oskrzeli.

Łusia dostała sterydy wstrzyknięte strzykawką w guz.

I musiały poczekać trzy dni.

 

Czekały w płaczu, niewygodzie, nerwach.

 

Mama miała żal do losu.

Dlaczego tak mi się trafia? – myślała.

Nie mogłam mieć dzieci.

Nie mogłam począć dziecka „po ludzku”

Miałam ciężką ciążę.

Nie układa mi się w miłości.

Dlaczego?

 

Nosiła Łusię na rękach pełna żalu i pretensji.

Do losu, świata, Boga.

 

W małej sali było ich ośmioro, potem dziesięcioro.

Mamy i dzieci.

Naprzeciw łóżka Łusi siedziała ładna, uśmiechnięta dziewczyna.

Leżał tam jej synek – Antoś. Wesoły, śliczny dziewięciomiesięczny chłopiec.

Mama patrzyła na nich czasem.

Czuło się miłość i pogodę w powietrzu.

Codziennie przychodzili też uśmiechnięci tata i babcia.

Siedzieli przy metalowym łóżeczku pełni spokoju i uczuć.

Ładnie wyglądali.

Mama nasłuchiwała cicho, co się dzieje z chłopcem.

Podczas obchodu usłyszała, że będzie operacja moczowodów.

Standard na tym oddziale.

 ***

A potem przyszedł ten wieczór.

Jeden z ważniejszych w życiu Mamy.

 ***

Dzieci spały.

 

Idę na papierosa – powiedziała blondynka. Może chcesz pójść ze mną?

 

Poszły.

Stały przed szpitalem i paliły.

Zaczęły rozmawiać.

 

– Naczyniak?

– Tak. Mam nadzieję, że to zejdzie teraz szybciej.

 

– Moczowody?

– Tak. Dobrze to tutaj operują.

– Odkryliście już w ciąży? Czy po urodzeniu?

– W ciąży. Antoś ma wiele wad. Wadę serca. Wadę stóp. Wadę nerek. I nie ma jednej części mózgu.

 

Mama zamilkła.

 

– Nie ma ciała modzelowatego. Nie wykształciło się. W szóstym miesiącu lekarz powiedział mi, że muszę natychmiast usunąć ciążę. Że dziecko umrze. Albo będzie rośliną. Ale ja czułam ruchy. Przecież nie mogłam. Nie zgodziłam się.

Szukałam. Znalazłam w sieci ludzi, którzy mają takie dzieci. Niektóre się nie rozwijają. Ale są też takie, których inne części mózgu przejmują funkcję tej brakującej. I normalnie funkcjonują.

Mam nadzieję, że tak będzie z Antkiem.

Będzie miał kilka operacji. Ale rozwija się normalnie. Siada. Jest grzeczny i kochany.

 

Na jej twarzy wciąż był uśmiech i spokój.

 

Wróciły do sali.

Mama długo myślała o tym w nocy.

 ***

 

Trwa w tych myślach do dziś.

 

 ***

Często wspominam Antosia.

Nie pamiętam imienia jego mamy.

Nie mam z nią żadnego kontaktu. Nie wpadłam na to, by wziąć numer telefonu.

Czy operacje się udały?

Czy Antoś naprawdę rozwija się jak wszyscy?

Czy jest teraz zdrowym i bystrym siedmiolatkiem?

 

Nie wiem.

 

Ale wiem, że ten wieczór był dla mnie lekcją pokory.

Wiele takich lekcji dostałam od suki niepłodności.

Ale ta, którą dostałam wtedy w tym szpitalu, była inna.

 

Moje dziecko jest bardzo, bardzo zdrowe – pomyślałam wtedy.

I – przysięgam – ta myśl towarzyszy mi do dziś.

Gdy u Łusi odkryto astmę oskrzelową na tle alergicznym.

Gdy złamała paskudnie rękę.

Gdy upadła na głowę i z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu jechała do szpitala.

Gdy Franek miał piąty katar.

 

I myślałam tak także i dziś, gdy wracałam z Frankiem z oddziału dermatologicznego, na którym w końcu szósty lekarz ustalił z dużym prawdopodobieństwem, czym są strupy na rączce i prawym sutku.

 

Zawsze mam w takich chwilach w pamięci mamę Antosia.

Jej spokojną, radosną twarz.

Jej miłość i przepiękną nadzieję.

 

I nie będzie wniosku ani puenty.

 

Tylko to wspomnienie.

Tylko mój pogodny uśmiech.

Pomóż so­bie sam, to i Bóg ci pomoże! (La Fontaine)

Dziś o ciąży. Dla ciężarówek obecnych i przyszłych.

Ale tylko dla tych, które – jak ja – ciężko znosiły ciążę. Zwłaszcza psychicznie.

 

Byłam w trzech ciążach. Dwie się powiodły i zakończyły sukcesem. Ale były zagrożone, z krwawieniami do niemal 18 tygodnia. Z przedwczesnymi skurczami, skracającą się szyjką, przodującym (na szczęście tylko początkowo) łożyskiem. Z kotem, który skoczył na brzuch i rozbitym termometrem rtęciowym.

I jeszcze kilkoma historiami.

 

Ciężko mi było dotrwać, ale dotrwałam.

I były rzeczy, które mi pomagały.

Dzielę się – może i komuś pomogą.

 

Detektor tętna płodu.

Opinie są różne – że ciężko chwycić puls dziecka, że i tak późno – więc po co, skoro zaraz są ruchy i wtedy już się uspokaja nieco.

Chwyciłam tętno zaraz po zakupie. Jakoś koło 14 tygodnia ciąży. Dwie koleżanki tym samym detektorem około 12 tygodnia. No to do ruchów jeszcze trochę.

Detektor kupiłam używany na allegro. Kosztował mnie niecałe 200zł z przesyłką i żelem do usg.

Wcześniej zdarzało mi się podjeżdżać do ginekologa, aby sprawdzić, czy jest ok. (bo plamiłam, krwawiłam, bolał brzuch itd.). Uznałam, że jeśli choćby tylko raz użyję detektora i nie podjadę do lekarza, jestem finansowo do przodu (wizyta kosztuje u mojego ginekologa 200zł).

Wbrew obawom używałam detektora do samego końca ciąży, wiele razy. Ratował mi życie zwłaszcza wtedy, gdy dziecko „złośliwie” się nie ruszało albo ruszało się słabiej. Moim zdaniem – warto.

 

Dziennik ciąży i skreślanie dni.

Praktykowałam to w obu ciążach. Kupiłam dziennik „W oczekiwaniu na dziecko” i wpisywałam codziennie kilka słów. Oprócz tego, że stanowią pamiątkę, pomogło mi to – zwłaszcza w kolejnej ciąży. Pewne niepokojące objawy (np. silne bóle brzucha) odnalezione zostały w starym dzienniku i łatwiej mi było uwierzyć, że na tym etapie jest to fizjologia.

 

Poza tym wypisałam sobie wszystkie dni do planowanego terminu porodu i skreślałam codziennie o godz. 19 miniony. Wolno to mijało, ale mijało. Powoli ubywało. Krzyżyków przybywało. I z czasem widziałam, że to jednak płynie. Że coś już za mną.

 

Granice.

W tych skreślanych dniach wyznaczyłam sobie pewne „czasy”, na które czekałam bardziej, z pewnym utęsknieniem. Odkreślałam je grubą kreską. Wiedziałam, że coś ważnego już udało się osiągnąć, do czegoś dotrwałam, że są już większe szanse.

moje granice:

8 tydzień – bo najwięcej poronień jest do tego momentu

12 tydzień – mija pierwszy trymestr, ryzyko poronienia spada

usg genetyczne – uspokoję się, jak będzie dobrze

ok. 18 tygodnia – ruchy

20 tydzień – połowa za mną

usg połówkowe – dowiem się, że ok. – uspokoję się

22 tydzień – zaczyna się epoka cudu (uratowali kiedyś dziecko na tym etapie)

24 tydzień – tu zaczyna się szansa na życie dla dziecka

26 tydzień – szanse stają się ciut realniejsze

28 tydzień – uff, teraz już się naprawdę sporo dzieci ratuje

usg z przepływami – uspokoję się

30 tydzień – uff, dotrwałam już daleko

32 tydzień – już za mną najgorszy czas, teraz dzieci zwykle rodzą się całe i, po opiece, zdrowe

36 tydzień – jest ok, nic się nie stanie, gdy się teraz urodzi

37 tydzień – donosiłam!

 

Nagrody.

Wyznaczyłam sobie nagrody, które wolno mi było kupić za konkretny skończony czas. Np. za skończenie I trymestru czy połowy ciąży. Początkowo były one dla mnie (np. ciuch ciążowy albo torebka), potem odważyłam się na nagrody dla dziecka.

 

Seriale, filmy, audiobooki.

Oglądanie seriali i filmów, na które nie miałam wcześniej czasu, pomogło mi przetrwać długie tygodnie leżącej ciąży, kiedy krwawiłam silnie i nie byłam w stanie nie myśleć o dziecku. Zwłaszcza seriale pomagały na chwilę zająć czymś głowę. Audiobooki puszczone przez słuchawki sprawdzały się przede wszystkim podczas bezsennych nocy.

 

Organizacja „do wtedy”.

Połączona z granicami. Np. czytam książkę po 2 rozdziały dziennie – wyliczam, ile mi to zajmie. Zatem – jeśli skończę książkę, będę już w 18 tygodniu! Super!

 

Częstsze usg.

Zwłaszcza na początku. Chodziłam co tydzień do pierwszych ruchów. Potem rzadziej. Nie wstydzę się tego, nie dotrwałabym.

A teraz uwaga – przyznaję się. Mam nadzieję, że nikogo nie przerażę…

Z Kudłatą byłam na usg 19 razy.

Z Frankiem prawie 30 razy…

 

Ruchy dziecka.

Wtedy jest łatwiej. Zatem czekałam na nie, jako na pewną ważną dla mnie granicę.

 

Objawy.

Zwłaszcza te nieprzyjemne, które przeszkadzały. Starałam się myśleć o mdłościach jak o czymś zbawiennym. Było ciężko, ale działało. Zamierałam z przerażenia, gdy np. mdłości ustępowały na pół dnia. Wolałam jak były 😉

Ale cieszyłam się każdym objawem – bólem sutków, żyłkami na piersiach, kłuciem w jajnikach. Wszystko to pomagało wiedzieć, że JEST.

 

Chwila wieczorna.

Po skreśleniu dnia o 19 miałam tę chwilę, którą wolno mi się było cieszyć. Smarowałam brzuch oliwką. W ostatniej ciąży czasem robiła to córka.

 

Czytanie internetu w nagłych przypadkach.

Owszem – dość kontrowersyjne. Wiadomo, ile złego można znaleźć. Ale jakoś udało mi się omijać myślami te złe historie i dokopywałam się do tych pozytywnych zakończeń.

Nie polecam jednak tego sposobu tym, którzy tego nie potrafią.

Oczywiście nieocenionym źródłem pociechy i wsparcia są blogi i Nasz Bocian!

 

Modlitwa.

Nie jestem jakoś specjalnie religijna, choć nie nazwałabym siebie nigdy osobą niewierzącą. Może bardziej poszukującą.

Gdy byłam w ciąży z Frajerką-Małgosią, okazało się na pierwszym usg, że serce bije, ale jest źle. Od początku wiedziałam, że jest źle. Od testu. Od bety. Wtedy wypowiedziałam słowa modlitwy „bądź wola Twoja”. Była wola Jego. Nie moja.

W ciąży z Frankiem nie umiałam powiedzieć tych słów. Nie odmawiałam „Ojcze nasz”, a w kościele omijałam zawsze te słowa.

Ale powierzyłam moje dziecko kilkorgu Świętym – Ricie, Judzie Tadeuszowi, Joannie Beretcie,  Gerardowi i Andrzejowi Boboli. A także Aniołowi Stróżowi dziecka i moim bliskim zmarłym – w tym Małgosi.

Wierzyłam, że mi pomogą.

Pomogli.

 

 

 

A Wy? Możecie coś dorzucić do tej listy?

Wszystkiego, co już jest. O czym jeszcze nie wiesz (E. Bartosiewicz)

Właśnie wybiła siódma. Czyli już.

37 lat o tej porze już była. Zapłakała pierwszy raz.

Teraz sama oczekuje pierwszego płaczu.

 

Chciała napisać, że to pierwsze takie urodziny, które spędza podwójnie. Z człowiekiem wewnątrz siebie.

Ale nie, nie, musiała wcisnąć „backspace”.

Siedem lat temu była już Łusia, tylko nikt nie wiedział.

Mama może już coś czuła, ale nie wierzyła, nie myślała o tym.

To były złe urodziny. Ze łzami, w złym otoczeniu, nie w głowie były testy ciążowe.

Było za to wino. Chyba białe wytrawne. Pite do lustra. Do komputera.

Za oknem śnieg.

 

Dziś będzie zwykły dzień. Żadnych pomysłów. Żadnych gości.

Pewnie kilka telefonów. Parę smsów. Liczne wpisy na fejsie.

Tylko Mama i Łusia. I Pestek wpychający pupę po żebro.

W planach wycieczka po papier toaletowy i krojony chleb. Może piwo bezalkoholowe na wieczór.

Napełnianie miski Kota. Walka z astmą Łusi.

W porywach zupa pomidorowa.

Już.

 

Rok temu lekarz, z którym zdradziła Mama swojego Doktora, powiedział: To nie wiek na ciążę.

Nie miał racji.

 

Może jest ciężej. Nerwowo. Męcząco.

Ale to JEST wiek na dziecko.

 

Pestek potwierdza łokciem w pachwinie. Piętą w żołądku. Czkawką.

 

I dziś inaczej.

Z okazji moich urodzin mam życzenia – dla innych.

Dla Pestka – niech rośnie, nadchodzi bezpiecznie.

Dla Łusi – niech zdrowo żyje, niech odnajdzie szczęście.

Dla Was – niech się spełni.

I tylko jednym gestem noc zamieniają w dzień (A. Bednarz – Anioły są wśród nas)

ze specjalną dedykacją dla Poli

 
Czy wierzycie w anioły?

Mama wierzy.

7 lat temu spotkała jednego. Chcecie posłuchać?

Sylwester 2006/2007

Jechali nad morze. Mama nie pamięta, czy był śnieg. Pamięta za to, że nie chciała jechać.

Bo w noc sylwestrową miała wziąć zastrzyk.

Żeby pęcherzyki popękały.

Żeby 2 stycznia można było pójść do gabinetu Doktora po kolejną szansę.

Żeby mogło być Dziecko.
Jak dostać zastrzyk w nadmorskiej wsi w sylwestrową noc? Z dala od dużych miast?

 

Nie chciała jechać, ale Koleżanka Mamy sprawdziła, że w miasteczku obok będzie otwarta jedna przychodnia. Że będzie dyżurować pielęgniarka.
Zatem pojechali.
Razem z nimi jechał Pregnyl w turystycznej lodówce.

Leżał u stóp Mamy. Czekał na swój moment.

 

Sylwester trwał, ale alkohol stał z boku.
Czekali na dwudziestą drugą.
Trzeba było jechać i modlić się, żeby była pielęgniarka.

 

Pojechali.
Była.
Zmęczona, raczej niesympatyczna.
Perspektywa sylwestra w małomiasteczkowej przychodni to zapewne nic szczególnego.
– Ile kosztuje podanie zastrzyku? – zapytała Mama.
– Dziesięć złotych – burknęła.

Mama wyjęła Pregnyl z turystycznej lodówki. A potem dziesięć złotych.
Pielęgniarka zrobiła zastrzyk. Dość nieumiejętnie. Bolało.

Mama wyciągnęła rękę z banknotem, ale ona nie wyciągnęła swojej.
– Nie wezmę pieniędzy za ten zastrzyk – powiedziała cicho. – Nigdy nie biorę. Po prostu życzę powodzenia.

Mama nie wie, jak to się stało, że łzy zaczęły płynąć. Same, niezależnie od jej woli. Zupełnie nie do opanowania.

To nie było jak w filmie, kiedy płacze się ładnie i higienicznie.
Nos poczerwieniał. Oczy też.

A w gardle pobrzmiewało chlipanie i łkanie.

– Proszę nie płakać – powiedziała – jest pani młoda, na pewno się uda, doczeka się pani.

 

Mama nie pamięta, czy powiedziała „dziękuję”. Pewnie tak, bo rodzice nauczyli ją dziękować. Ale nie ma pewności…

Wie jednak, że wtedy spotkała anioła.
Że uwierzyła w to, że anioły są obok.
Nie zawsze miłe.
Czasem zmęczone. Zapracowane.
Pracują w przychodniach, szkołach, sklepach, biurach.
Nie potrafią czynić cudów.
Ale potrafią, spełniając swój obowiązek, powiedzieć coś, co bywa cudem.
Albo otuchą.
Albo nadzieją.
Albo sensem.
Albo tym, czego można się chwycić. Choćby na chwilę.

By pozwoliło nie odpłynąć. Trwać. Czekać. Wierzyć.

 

Pamiętam o Tobie, mój aniele.
Zawsze będę pamiętać, choć nie zapamiętałam Twojej twarzy.
Umknęła mi barwa głosu.
Też to, czy twoje włosy były kręcone czy proste. Jasne czy ciemne.

Nie wiem, czy twój fartuch był biały czy seledynowy.
Pamiętam tylko te słowa.
Prowadziły mnie. Towarzyszyły. Brzmiały.

 

Nie, nie udało się wtedy.

 

Bardzo to przeżyłam, bo wierzyłam, że mój anioł był znakiem.
Teraz wierzę, że znaków nie ma.
Jest za to świat pełen dobrych ludzi, tylko trzeba ich poszukać.
Albo dostrzec.
Albo odkryć.
Albo może trafić.

 

Pewnie nigdy tego nie przeczytasz, ale chcę Ci to powiedzieć.
Też to, że rok później nie byłam nad morzem.

Spędzałam sylwestra w moim mieszkaniu na dziesiątym piętrze.
Bardzo zmęczona.

Była chyba jakaś sałatka, może kanapki.
Drżałam w obawie przed fajerwerkami.
Za ścianą w łóżeczku spała dwumiesięczna córka.

Myślałam o Tobie.

 

Chcę Ci powiedzieć – miałaś rację – doczekałam się.
Chcę Ci powiedzieć – czuję, że miałaś w tym swój udział.
Chcę Ci powiedzieć – dziękuję. Bo nadal nie mam pewności, czy to powiedziałam…