Stoi dom jak inne domy (K.I. Gałczyński)

A podobno jest gdzieś ulica
(lecz jak tam dojść? którędy?)
(…)
ulica Wielkiej Kolędy.
Na ulicy tej taki znajomy,
w kurzu z węgla, nie w rajskim ogrodzie,
stoi dom jak inne domy.

 

Jeszcze nie czas na ulicę Wielkiej Kolędy.

Jeszcze nie pora.

Ale wraz z pierwszym minus cztery.

Wraz z pierwszą poranną białą trawą.

Poczuli, że zaraz.

Że za chwilę.

Że naprawdę nadchodzą.

Krok po kroku – jak mówią w piosence.

 

W mroźną niedzielę.

Pierwszą od wielu tygodni wolną od wizyt i wyjazdów.

Prawdziwie niedzielną.

Zaczęli.

 

Dłonie zanurzyły się w gęstym cieście.

W kuchni zapachniało cynamonem.

Małe rączki pracowały dzielnie.

Mieszały.

Ugniatały.

Lepiły.

Wycinały.

Pisały listy.

Stawiały litery, starannie rysując „f” i „a”.

A nawet wśród liści – jeszcze na przekór świętom – łapały ostatnie chwile złotej jesieni.

 

Właśnie dziś.

Przy herbacie z ostatniej mięty tego roku.

Przy ciastku bez glutenu.

Przy rozpalonym kominku.

Poczułam.

 

Naprawdę nadchodzą.

 

Czujecie?

 

Reklamy

Jedynie dzieci przyciskają noski do okien (A. de Saint-Exupery)

– Zawsze się wydaje, że w innym miejscu będzie lepiej – powiedział Zwrotniczy.
Znowu rozległ się grzmot trzeciego oświetlonego ekspresu.
– Czy oni ścigają poprzednich podróżnych? – zapytał Mały Książę.
– Nie nikogo nie ścigają – odparł Zwrotniczy. – Śpią w wagonach lub ziewają. Jedynie dzieci przyciskają noski do okien.
– Jedynie dzieci wiedzą, czego szukają – rzekł Mały Książę. – Poświęcają czas lalce z gałganków, która nabiera dla nich wielkiego znaczenia, i płaczą, gdy się im ją odbierze.
– Szczęśliwe – powiedział Zwrotniczy.
(Antoine de Saint-Exupery Mały Książę)

Znam jeden ideał mężczyzny. Mówi do mnie „mamo” (znalezione w necie)

Są sami.

Łucja na obozie. Tata jak zawsze w pracy. Daleko.

 

Umówili się o 17.30.

Najpierw sushi. To ulubione Franka – z łososiem i nori. Bez sezamu.

Potem kąpiel w wannie pełnej zabawek.

Koktajle z wody i piany.

Rozmowa o kaloszach, urodzinach i siusiakach.

Potem pidżamy.

 

Rozłożyli dużą kanapę w salonie.

Leżą wyciągnięci.

Chrupią popcorn, oglądają „Vaianę”.

W planach mają jeszcze dwie książki, w tym jedną Bechlerowej.

 

hasztag: randkazsynem

 

Prawdziwa.

Bardzo udana.

 

 

Nie jestem sam, ja książkę mam (M. Bahdanowicz)

W pokoju Franka zamieszkały wreszcie książki.

Pełne kolorów.

 

Wcześniej włóczyły się po domu.

Upychały niewygodnie w pudełkach i szufladach.

Porzucone, osamotnione.

Bezdomne.

 

Franek nie miał dla nich mieszkania.

Odkrywał je zagubione na schodach albo w klockach.

Przynosił do łóżka i chował pod dywanem.

Często szukał i nie znajdował.

 

Ale pewnego dnia dostał biały regał.

Dostał go od Łucji, która pozbyła się dziecinnego pokoju, moszcząc się w miętach i turkusach.

 

Mam teraz ładny pokój! – woła Franek.

 

Teraz wystarczy z łóżka Mamy podnieść się na rękach.

Przesunąć pupą bliżej ściany.

Wybrać jedną ulubioną książkę (Mama wybiera drugą).

A potem wtulonym w ciepłe ramię czytać o przygodach Basi albo Maksa.

Albo Kici Koci.

Albo Tosi i Tymka.

 

Słuchać nieuważnie.

Podpowiadać.

Komentować.

Chłonąć.

Kiedy przekracza się granicę między dzieciństwem a dorosłością? (na pewno znajdziesz odpowiedź w zapytaj.onet.pl)

Kiedy to się stało,  że stał się odrębnym bytem?

Niby był zawsze, ale teraz można to zobaczyć, usłyszeć, poczuć. Zrozumieć.

Kiedy ukształtowało się zamiłowanie do czerwonego?

Do koszulki „Play Like a Boss”?

Do sushi, hummusu i majonezu?

Do farb plakatowych?

Kiedy zrodziła się niechęć do niebieskiego talerzyka i brzoskwiń z konserwy?

 

Widzę małego człowieka.

Patrzy – przysięgam – dorosłymi oczami.

Słyszy – przysięgam – dorosłymi uszami.

 

I uświadamiam sobie to właśnie dziś  – gdy moje małżeństwo osiąga pełnoletność.

 

Wie, czego chce i czego nie chce.

Wie, co dla niego ważne i dobre.

Co nieistotne i niewłaściwe.

 

A także myli się, złości, krzyczy, obraża i płacze.

Jak dziecko? Jak dorosły? Jak człowiek?