Zmiany nie są przyjemne, lecz są bardzo pożyteczne (L.M.Montgomery)

Ale są też zmiany przyjemne i pożyteczne!

7 lat temu wprowadzaliśmy się do naszego domu. Łucja miała wtedy 3 lata i jej pokój wyglądał tak:

przed1

Był to pokój małej dziewczynki, zdecydowanie.

Minęły lata, pojawił się Franek. Ale pokój w zasadzie się nie zmienił. Coś tam przestawiliśmy i tyle. Ściany, meble, kolory itd. – wszystko po staremu.

wtrakcie2wtrakcie1

Od dwóch lat pudła na zabawki stały puste. Musieliśmy w końcu coś zrobić. W końcu mamy w domu prawie nastolatkę!

I oto pokój po zmianach!

po6po5po4po3po2po1

Jak się Wam podoba?

Bo mnie bardzo 🙂

Reklamy

Nie jestem sam, ja książkę mam (M. Bahdanowicz)

W pokoju Franka zamieszkały wreszcie książki.

Pełne kolorów.

 

Wcześniej włóczyły się po domu.

Upychały niewygodnie w pudełkach i szufladach.

Porzucone, osamotnione.

Bezdomne.

 

Franek nie miał dla nich mieszkania.

Odkrywał je zagubione na schodach albo w klockach.

Przynosił do łóżka i chował pod dywanem.

Często szukał i nie znajdował.

 

Ale pewnego dnia dostał biały regał.

Dostał go od Łucji, która pozbyła się dziecinnego pokoju, moszcząc się w miętach i turkusach.

 

Mam teraz ładny pokój! – woła Franek.

 

Teraz wystarczy z łóżka Mamy podnieść się na rękach.

Przesunąć pupą bliżej ściany.

Wybrać jedną ulubioną książkę (Mama wybiera drugą).

A potem wtulonym w ciepłe ramię czytać o przygodach Basi albo Maksa.

Albo Kici Koci.

Albo Tosi i Tymka.

 

Słuchać nieuważnie.

Podpowiadać.

Komentować.

Chłonąć.

Kiedy czujesz, że nie masz czasu na odpoczynek, pamiętaj, że to ten moment, kiedy musisz znaleźć czas na odpoczynek (M. Haigg)

Po kilku dniach pełnych gości, jedzenia, gier planszowych, hałasu i zamieszania.

Udało się dwudziestego ósmego o dziewiątej.

 

Przygotować duży kubek wody z cytryną.

Włączyć Moonlight, który czekał od siedmiu miesięcy.

Leniwie sporządzić listę nieważnych zakupów.

Położyć obok siebie Wysokie Obcasy. Nie przeczytać.

 

Popatrzeć z kanapy pod uśpioną choinkę na uśpione prezenty.

Niektóre wciąż nierozpakowane.

Wyciągnąć po nie rękę i znów zrezygnować.

 

Okryć nogi kołdrą przytarganą z pokoju.

Otoczyć dłońmi kubek z kawą.

Przesunąć kota.

Zamknąć oczy. Odetchnąć.

 

 

 

Nocka potrwa do białego rana, na promyku księżycowym gra (J. Kaczmarski)

 

Po stajence przebiegł chłodu dreszcz
Mości się, jak kot – puszysty zmierzch.
Śpi osiołek, wół łakomy
Po łuczywie skacze płomyk
I on zaraz zaśnie też.

Nocka potrwa do białego dnia
Na promyku księżycowym gra:
Kołysankę gra dla Ciebie
Słychać ją po całym niebie,
Pięknych snów bez liku ma.

(…)

Masz policzki rozpalone dwa,
W oczku sennym diamentowa łza.
Główkę złóż mi na kolanach –
Mama zaraz uśnie sama,
Spać będziemy – Ty i ja.

 

Zaraz Święta.

Do niektórych nadbiegają lekko. Albo kroczą dostojnie – jak trzej królowie – niosąc naręcza darów opromienionych złotem i otulonych zapachem kadzidła. Idą roześmiane, pełne blasku. Radośnie oczekiwane.

Do innych zbliżają inaczej. Nie tak, jakby się chciało. W pośpiechu, w zmęczeniu albo byle jak. A może nawet nadchodzą zupełnie bez radości. Za towarzysza mają pustkę albo ból. Chorobę. Samotność. Złość.

Kochani! Życzę Wam, żeby Święta nadeszły pięknie i ciepło. Żeby puszysty wigilijny zmierzch – jak kot – otulił nie tylko stajenkę, ale i Wasze domy i serca. Nawet te – a może zwłaszcza te – które przeniknął chłód.

Żeby nocka trwająca do białego rana zagrała każdemu z Was kołysankę. Żeby jej melodię napisano znakomicie. Tylko dla Was. Żeby nuty wypełniły Was miękko. Dokładnie tak, jak potrzeba. Żeby prawdziwie koiły.

Aby księżycowy promyk z Betlejem świecił jasno, czysto i pięknie. By oświetlił cały następny rok.

A Tym Którzy Jeszcze Czekają życzę, by te Święta przyniosły prawdziwą nadzieję, że to już blisko. Że już wkrótce.

Że za rok tuż przy Was, na poduszce, leżeć będzie czyjaś mała główka. Senna już bardzo. Ciepła. Spokojna. Ukochana.

Dobrej nocy! Dobrych Świąt! Dobrego Roku!

 

Juti, Łucja, Franek

 

Wiesz jak na­zywa się ten rodzaj cze­kania, kiedy cze­kasz na coś, co może się nie wy­darzyć? Niektórzy mówią, że to miłość, ja myślę, że to ja­kaś cho­roba psychiczna (znalezione w necie)

Jakiś pan zerwał nam cały bez i zabrał worki ze śmieciami !– wykrzyczała zdyszana Łusia, wbiegając do domu.

Mama wyjaśniła jej, że ten pan jest chory. Nie wie, co robi. Zachowuje się inaczej niż większość ludzi.
Choroba psy-chi-czna – powtórzyła Łusia kilkanaście razy, żeby dobrze zapamiętać nowy wyraz.

Wieczorem, kiedy Łusia leżała już w łożku, Mama poszła nalać do kieliszka czerwonego wina, żeby endometrium dobrze rosło, a potem zdecydowała się wyciągnąć papierosy z sylwestra. Jak widać – pali bardzo rzadko.
Ogród czuć miętą i siuśkami kota.
Zjeżdżalnia Łusi lśni plastikową czerwienią.
Mama wolnymi krokami idzie boso po zimnej trawie.
Krok za krokiem.

Czy jestem o krok od choroby psychicznej? – myśli.

Ale wie, że nie. Po prostu nie ma na nią czasu. Leczenie zabrałoby zbyt wiele dni. Ma tego świadomość i dlatego właśnie nie dopadły jej jeszcze załamania nerwowe i depresja.
Nie może sobie na to pozwolić.
Jej życiem rządzą dwa wyrazy: „zadanie” i „plan”.

Tak, wie, zna to – chcesz rozśmieszyć b(B)oga, to sobie coś zaplanuj….
Ale to właśnie plan trzyma ją przy życiu i może trochę zdrowych zmysłach.
Może gdyby planu nie było, zerwałaby cały bez z czyjegoś ogrodu i poszukała czegoś cennego w śmietniku?

Popiół opadł, więc Mama wraca do domu i kładzie komputer na kolanach.
Pisze.

Z dala słychać, jak Łusia udaje, że śpi, ale tak naprawdę włącza kolejną płytę z bajkami.
Mama udaje, że tego nie słyszy.