Dziękuję za list (A. Osiecka)

A gdyby tak pewnego dnia wspiąć się na palce?

Zrzucić z górnej półki zakurzone pudło?

Wyjąć ponownie z rozerwanych kopert zapisane kartki?

Postanowić przeczytać trzysta starych listów?

 

Sięgnęłam na górę.

Wysypałam zawartość na podłogę.

Otworzyłam znów zapomniane koperty.

 

Od wczoraj czytam listy.

Te sprzed ponad dwudziestu lat.

I trochę młodsze.

Do tej pory mieszkały sobie spokojnie w beżowym pudle w kwiaty.

Ale wyjęłam je i ożyły.

Listy od znajomych. Od przyjaciół. Od miłości.

 

Od wczoraj czytam listy.

Nie umiem opisać tego, co przeżywam.

Nie potrafię tego nazwać.

Nie pamiętam już, kiedy ostatnio przeżywałam tyle emocji.

Nie jem, nie śpię.

Stoję nieruchomo przed domem na reszcie śniegu.

Nade mną unosi się mroźny dym.

 

Przypominam sobie, kim byłam i co czułam.

Odnajduję tamte chwile.

Płaczę, śmieję się, wstydzę, tęsknię.

Zakrywam oczy.

Drżę niespokojnie.

Składam pieczołowicie albo wrzucam do kominka.

Ogień płonie od dwudziestu godzin.

 

Nie, wcale mnie to nie oczyszcza.

Wcale nie uszczęsliwia.

Nie umiem tego określić.

 

Otwieram strony, na których obok rozpaczy, pustki i rozdzierających marzeń trwają miłość, namiętność i pragnienia.

Na których żyją ludzie młodsi o lat dwadzieścia i więcej.

Są wciąż zabawni i przesmutni. Zalęknieni i wściekli. Albo radośni.

Niewiarygodnie prawdziwi.

 

Są tacy, jakimi ich zapamiętałam.

A potem zapomniałam.

 

Przepełniają mnie chyba wszystkie emocje świata.

Te moje i te cudze.

 

Nie, nie uszczęśliwia mnie to wcale.

I wcale nie oczyszcza.

Trzęsę się od uczuć.

Rozrywają mnie.

 

Ale jestem niezwykle wdzięczna, że dorastałam w czasach, kiedy pisało się listy.

Kiedy pisało się nie tylko o zdarzeniach, ale i o tym, co kryje się w sercu.

Kiedy trzeba było zamienić to na słowa, a potem dzielić na akapity.

Kiedy trzeba było litera po literze wykaligrafować emocję na kartce.

A kartkę wyrwać z zeszytu albo wyjąć z segregatora przeznaczonego na „gramatykę opisową”.

A jeszcze potem polizać znaczek i kopertę.

Wstać. Zanieść na pocztę.

Wrócić do domu.

I czekać na odpowiedź.

Zaglądać niecierpliwie do skrzynki.

Doganiać listonosza, chwytać go za łokieć.

„Jest coś dla mnie??”.

 

Nie zastąpi tego nigdy żaden sms.

Zaden e-mail.

Żadna rozmowa telefoniczna.

Żadne zdjęcie czy przesłany film.

Nawet ten w najlepszej rozdzielczości.

 

Tylko ta kartka z segregatora to potrafi.

Te litery zapisane w pośpiechu na odwrocie ulotki albo strony z kalendarza.

Tylko one mają zdolność wydobycia ze mnie tego wszystkiego, co – myślałam –  umarło.

Nie istnieje przecież.

 

A istnieje.

Żyje.

Wciąż boli, nadal cieszy, jeszcze rani.

 

I pali tak mocno, choć stoisz na mrozie.

I choć papieros zgasł dziesięc minut temu.

 

 

 

Reklamy

Jest cicho… (K.I. Gałczyński)

Jest cicho. Choinka płonie.
Na szczycie cherubin fruwa.
Na oknach pelargonie,
blask świeczek złotem zasnuwa,
a z kąta, z ust brata płynie
kolęda na okarynie:
Lulajże, Jezuniu…

(Konstanty Ildefons Gałczyński)

 

Lulujże, Jezuniu.
Utul i nas ciszą i śpiewem.
Pozwól w blasku świec zobaczyć czyjeś dobre oczy i dobre serce.
Pomóż wyciągnąć rękę tam, gdzie to niełatwe.
Wypełnij nas miłością na cały następny rok.

Juti
Łucja
Franek

Stoi dom jak inne domy (K.I. Gałczyński)

A podobno jest gdzieś ulica
(lecz jak tam dojść? którędy?)
(…)
ulica Wielkiej Kolędy.
Na ulicy tej taki znajomy,
w kurzu z węgla, nie w rajskim ogrodzie,
stoi dom jak inne domy.

 

Jeszcze nie czas na ulicę Wielkiej Kolędy.

Jeszcze nie pora.

Ale wraz z pierwszym minus cztery.

Wraz z pierwszą poranną białą trawą.

Poczuli, że zaraz.

Że za chwilę.

Że naprawdę nadchodzą.

Krok po kroku – jak mówią w piosence.

 

W mroźną niedzielę.

Pierwszą od wielu tygodni wolną od wizyt i wyjazdów.

Prawdziwie niedzielną.

Zaczęli.

 

Dłonie zanurzyły się w gęstym cieście.

W kuchni zapachniało cynamonem.

Małe rączki pracowały dzielnie.

Mieszały.

Ugniatały.

Lepiły.

Wycinały.

Pisały listy.

Stawiały litery, starannie rysując „f” i „a”.

A nawet wśród liści – jeszcze na przekór świętom – łapały ostatnie chwile złotej jesieni.

 

Właśnie dziś.

Przy herbacie z ostatniej mięty tego roku.

Przy ciastku bez glutenu.

Przy rozpalonym kominku.

Poczułam.

 

Naprawdę nadchodzą.

 

Czujecie?

 

Jedno życie przyciąga drugie (P. Coelho)

Życie czasem rodzi się z wdzięczności – pomyślała Mama, przykucając na ogrodowej ścieżce.

 

Z lewej strony rósł słonecznik.

Narodził się z nasionka upuszczonego zimą przez dokarmiane ptaki.

Wyrósł sam, nieproszony.

Okazały i dostojny.

Wysoki. Bardzo piękny.

Z dumą rozpościerał swych pięć silnych ramion.

 

Wychodząc z domu, Mama ocierała się nogą o jego nogi.

Zaglądała ciekawie w żółte oko.

Zawsze wrzało w nim życie.

Było gwarno i radośnie.

 

Życie czasem rodzi się z wdzięczności – pomyślała Mama. – Za inne życie.

 

Kojące.

 

 

Jedynie dzieci przyciskają noski do okien (A. de Saint-Exupery)

– Zawsze się wydaje, że w innym miejscu będzie lepiej – powiedział Zwrotniczy.
Znowu rozległ się grzmot trzeciego oświetlonego ekspresu.
– Czy oni ścigają poprzednich podróżnych? – zapytał Mały Książę.
– Nie nikogo nie ścigają – odparł Zwrotniczy. – Śpią w wagonach lub ziewają. Jedynie dzieci przyciskają noski do okien.
– Jedynie dzieci wiedzą, czego szukają – rzekł Mały Książę. – Poświęcają czas lalce z gałganków, która nabiera dla nich wielkiego znaczenia, i płaczą, gdy się im ją odbierze.
– Szczęśliwe – powiedział Zwrotniczy.
(Antoine de Saint-Exupery Mały Książę)

Kiedy zamykam oczy, gdy nie dzieje się nic (Grabaż)

We śnie widzę kolorowego vana z balonami.
Podjeżdża pod moją szkołę.
„Wesoła firma kurierska” - głosi napis.
Ze środka macha do mnie były kolega z pracy.

Chciałem się pożegnać – woła.
Z tyłu siedzą trzy długowłose dziewczyny.
Odjeżdża.


Budzę się z myślą, że wszystko się zmienia, a ja nie.
Ja zostaję.

Że każdy idzie naprzód, rozwija się.
Ja nie.

Dziwne.
Nie budzę się z żalem.
Nie czuję goryczy ani złości.
Budzę się spełniona. Wypełniona spokojem.

Jest taki moment mojego życia, że nie chcę zmiany.
Chcę przystanąć.
Poczekać.

Nie, to nie tak, że nieruchomieję. Że zastygam.
W trwaniu właśnie jest ruch.

Zakładam buty.
Wskazującym palcem dotykam ikony w telefonie.
Wsłuchana z audiobook,
świtem po pustym Monciaku,
- idę.

Uśmiecham się do kobiety wycierającej stoliki w cukierni.
Zaglądam przez krzewy, by zobaczyć morze.
Myślę radośnie o bułkach kasztanowych, 
które upiekłam w pogrążonym we śnie mieszkaniu.

Jest mi niewyobrażalnie dobrze.
Wypełnia mnie samotność.
Ale ta piękna.
Doskonała.

Oddycham głęboko.
Trwam.